Wynagrodzenia i diety, czyli kasa musi się zgadzać…

„Aleś ty mnie zaimponował, prezesie Kaczyński” – parafrazując słynny cytat z filmu Kiler mógłbym tak powiedzieć o niedawnej sytuacji, kiedy to wyszła afera z nagrodami dla polityków PiS, późniejsza nagonka ze strony opozycji i w końcu szach mat ze strony najsłynniejszego Jarosława Rzeczypospolitej, który ogłosił przykrócenie zarobków wszystkim politykom i wszystkim samorządowcom.

Wówczas stał się cud. Okazało się bowiem, że nagle nasi politycy potrafią mówić jednym głosem. Bo niemal wszyscy z nich uważają tę decyzję wszechmocnego Jarosława za niedobrą. Bo do polityki oczywiście „nikt nie idzie dla pieniędzy”, ale kiedy się okazuje, że tych pieniędzy będzie mniej, to autorom tych słów robi się nieprzyjemnie…

Mam takie skojarzenie z kwikiem i korytkiem, ale sobie podaruję jego rozwinięcie…

Jeżeli ktoś opowiada, że duża czy mała polityka nie przynoszą profitów, to jest zwykłym kłamcą. Im większa polityka, tym większe pieniądze. W małej polityce – czyli w samorządzie – te pieniądze również są.

Zaczynając od najniższego szczebla – radnych. Nasze wynagrodzenie za bycie radnym oficjalnie nazywa się dietą. W teorii jest to rekompensata za czas zarwany z pracy na poczet zebrań Rady Miejskiej. W praktyce jest to po prostu dodatkowa kasa do portfela. Dla ilu spośród radnych to właśnie pieniądze są w tym wszystkim najważniejsze, to już kwestia ich sumień. Powiem tylko, że kiedy z Tadeuszem Andersem zaproponowaliśmy obniżenie diet do symbolicznych 50 zł, w oczach niektórych naszych radnych było widać panikę. Nic więc dziwnego, że nasz wniosek został odrzucony.

Moja dieta wynosi niespełna 600 zł miesięcznie i jest jedną z najniższych. Najwyższą jest dieta przewodniczącego Rady Miejskiej – około 1100 zł. Mniej więcej po 800 zł otrzymują członkowie prezydium rady i przewodniczący czterech komisji. Jeszcze za mojego krótkiego bycia przewodniczącym udało się wprowadzić regulamin, w którym za nieobecności na sesjach naliczane są procentowe potrącenia.

Sami widzicie Szanowni Czytelnicy, że nawet w takich Prabutach polityka korzyści jednak przynosi. Bo dla przeciętnego mieszkańca Prabut, to nie są małe pieniądze.

Czy znaleźliby się chętni do bycia radnym bez otrzymywania pieniędzy? Oczywiście. Dla ludzi którzy kochają swoje miasto, którym naprawdę mocno zależy, którzy chcą działać dla naszej społeczności, nie byłoby to problemem. Wymagałoby to dużej determinacji, bo w Prabutach zbyt wiele osób przyzwyczaiło się do wyciągania ręki przy każdej okazji – bo może się palić i walić, ale własna kasa musi się zgadzać… Ale jest to możliwe, bo znam wielu ludzi, dla których pieniądze nie są najważniejsze. Jest też na pewno wielu takich których nie znam, ale którzy myślą podobnie.

Obrońcy obecnego systemu zapytają na pewno – a co to zmieni, nie pobieranie diet? W odpowiedzi zapraszam do matematyki. Miesięcznie diety radnych pochłaniają około 10 000 zł. Razy dwanaście miesięcy, razy cztery lata i mamy blisko pół miliona złotych!

Mam wyliczać, co można zrobić dla Prabut za takie pieniądze?

Dlatego bardzo bym chciał, abyśmy doczekali sytuacji, gdy w Radzie Miasta zasiądą ludzie skłonni do rezygnacji z diet.

Jeżeli ktoś chce zapytać, dlaczego ja już teraz ze swojej diety nie zrezygnuję (znam dociekliwość niektórych prabucian), to odpowiem, że wyleczyłem się już z naiwniactwa, jakim byłoby zasuwanie za darmo, w sytuacji kiedy inni kasują co swoje przy aktywności… no dyplomatycznie napiszę, że dość skromnej…

Zresztą moja dieta i tak idzie na pokrywanie kosztów związanych z działalnością bokserskiej Polonii Prabuty i zakupem fantów do muzeum które kiedyś tutaj powstanie, mam nadzieję…

Innym razem napiszę o innych możliwościach, które daje bycie przy władzy. „Do rozdania” są jeszcze przecież miejsca i diety w komisji alkoholowej, radach nadzorczych PEWiK, ZGM czy ZUO w Gilwie…

A teraz czekam na komentarze, że jestem populistą  🙂

No i że to kampania wyborcza. Może być. Kampania jednoczenia ludzi, dla których Prabuty są ukochanym domem, o który można dbać z serca, nie dla pieniędzy…