Porażka

Praca uziemiła mnie wieczorem w domu, tak więc siłą rzeczy nie dało się uciec od meczu na który czekała cała Polska.

Teraz to pewnie każdy mądry, ale już od piątku nie miałem złudzeń. Jeżeli nasi piłkarze kilkadziesiąt godzin po wstydliwej porażce z Senegalem tryskają humorkami na basenie, zachwycając się opalającymi się topless turystkami, to chyba coś było nie tak. No i na boisku wyszło znowu coś nie tak. Jakby dodać do tego, że w przerwie meczu Robert Lewandowski wygrał z łupieżem, to nadmuchany balonik pt. „polska piłka” robi się jeszcze bardziej zabawny.

Jako nasto- i dwudziestokilkulatek zmarnowałem mnóstwo czasu na jeżdżenie na mecze piłkarskie polskiej 1 i 2 ligi, później dowiadując się, że wiele z tych meczów (także taki, którego omal nie przypłaciłem życiem, bo kibice Legii z Elbląga chcieli mnie wyrzucić z pociągu) było najzwyczajniej sprzedanych. Dlatego kolejne zmarnowane 90 minut jakoś wielkiej różnicy nie robi. Ale żal mi tych wszystkich Polaków, którzy w ten mundial uwierzyli. Jeszcze bardziej mi żal tych, którzy nadal chcą śpiewać, że nic się nie stało. Ja od około 10 lat nie mam złudzeń co do tego, jak traktują swój zawód nasi „panowie piłkarze”. Może trochę inaczej było dwa lata temu. Ale wychodzi na to, że to był wyjątek.

Jeżeli ktoś w tym momencie chce mnie nazwać kibicem sukcesu, to powiem, że od lat ściskam kciuki i jeżdżę na mecze reprezentacji Polski w rugby i hokeju na lodzie. W obydwu dyscyplinach jesteśmy w światowej trzeciej lidze i perspektyw na sukcesy raczej nie ma. Ale Reprezentacja, to Reprezentacja. Bez gwiazdorzenia, bez milionów ojro, bez zdjęć na „Pudelku”, bez reklam wyskakujących z lodówki i pokazywania się bez łupieżu.

To co mnie najbardziej ruszyło a propos meczu z Kolumbią, to większość wypowiedzi naszych „prawie celebrytów” (jak zauważył pewien prabucianin – Artur pozdrawiam!), to ZERO SPORTOWEJ ZŁOŚCI. Zwieszone głowy i tłumaczenia, że się nie udało… Zawodowi piłkarze zarabiający miliony, w koszulkach z Orłem na piersi, na których liczyły miliony Polaków, zarobili właśnie miano najgorszej drużyny w turnieju. Ale jest im po prostu przykro. Fryzurkę też każdy już zdążył poprawić…

Ja dla możliwości wyjścia na ring z Orłem na piersi mógłbym iść na piechotę do Dublina czy Budapesztu. Gdybym taką walkę przegrał, to nie dość, że ze złości chciałbym świat do góry nogami przewrócić, to jeszcze przepraszałbym z osobna każdego wierzącego we mnie kibica. Sprawa jednak nierealna, bo na reprezentowanie Polski w boksie jestem i byłem za cienki. Ale pomarzyć można. Tysiące takich jak ja w rożnych dyscyplinach też ma marzenia – połączone z ogromnym szacunkiem dla odpowiedzialności jaką jest bycie Reprezentantem Kraju.

To dla kolumbijskiego kontrastu przytoczę wypowiedzi kilku innych piłkarzy. Takich, za którymi jeździłem przez kilkanaście lat. I choć częściej raczej przegrywali niż wygrywali (zwłaszcza na wyjazdach), to nigdy, nigdy nie byłem nimi rozczarowany. To Pogoniści. Moi kumple albo starsi koledzy, tudzież ludzie którzy kolegami stawali się poprzez te wspólne jeżdżenie po wioskach i miasteczkach ligi okręgowej. Faceci, którzy dla tej piłki na szczeblu okręgówki poświęcali własny czas i zdrowie, w zamian zbierając tylko szacunek kolegów z drużyny i stu/dwustu wiernych kibiców. Oraz jeszcze kontuzje, które niektórym z nich wspomniane zdrowie poważnie uszkodziły.

1997 rok (chyba). 0:3 w Waplewie i bramkarz Sylwek Zelwak który na wejściu do autobusu mówi do kolegów: „Chłopaki, możecie mnie za jaja na bramce powiesić, bo ta pierwsza, to była moja wina”…

1999 rok i pierwsza (po reformie województw) potyczka w Pelplinie z tamtejszą Wierzycą. Przegrywamy 1:4, a strzelec gola dla Pogoni, Wojtek Szpociński mówi załamany po meczu: „Enrdju, ja Ciebie bardzo przepraszam, tyle z nami jechałeś, a my takie plecy… Jak my się w tym Pelplinie pokazaliśmy, wstyd do Prabut wracać”.

2000 czy 2001 rok. Przegrywamy w Gardei 1:2, a schodzący z boiska, utaplany w błocie Krzysiek Pukin mruczy pod nosem: „Jezuuu….ale z nas naleśniki…”

2003 rok, spotykam na mieście Mirka Lewandowskiego, dzień po przegranym meczu w Łubianie 3:6 (0:5 do przerwy). Do dzisiaj pamiętam złość z jaką mi „Łysy” o tym meczu opowiadał i podsumowanie: „Toć my w tej pierwszej połowie do dawaliśmy d… jak te panny pod koszarami”…

Czy klasyk klasyków – nie pamiętam jaki to był mecz, ale chyba słyszałem to od Arka Warchlewskiego:  „Spieprzyliśmy dziś ten mecz, jak młody ksiądz ślub…”

Mógłbym tak przytaczać jeszcze dłużej – Krzyśka Króla, Ryśka Szepelakowskiego, Irka „Centka”Cetnarowicza, Kubę Wiśniewskiego… „Kabata”, „Jaźwę”, „Bakisa”, „Cinka”, „Wuja”, „Kołtka” i wielu innych (z obecnym prezesem Ireneuszem Ćwiekiem włącznie), którzy te porażki Pogoni przeżywali. Dla mnie to była najwspanialsza piłka. Bez płaczu i poprawiania fryzurki, za to z zaciśniętymi zębami, humorem, duchem walki i skromnością. Szacunek dla Was, starzy Pogoniści i dzięki za te wspomnienia.

Żeby nie było, że ja żyję tylko przeszłością, to przytoczę też anegdotkę sprzed kilkunastu dni. Na kickbokserskich mistrzostwach w Suszu, nasz najmłodszy polonijny zawodnik-debiutant, przegrał swoją finałową walkę z faworyzowanym rywalem. Mimo to, schodził z maty niemal ze łzami w oczach, wyrzucając z siebie przez zęby: „Ja go kiedyś dorwę na mieście” (będzie trudno, bo tamten chłopak mieszka na drugim końcu Polski 🙂  ) Co tu dodawać na temat ambicji…

Wiec niech nikt też mi nie mówi, że z tą Kolumbią nic się nie stało. Ta piosenka nie dla mnie.