Monsieur Macron i sprawa polska. Prabucka też.

Przysięgałem kiedyś służbę Francji. Chociaż nie przyjmowałem francuskiego obywatelstwa, to Francja zawsze będzie bliska mojemu sercu.

Francuzi wybrali sobie nowego prezydenta. Został nim człowiek  znikąd, bez konkretnych pomysłów i poglądów. Ale za to z poparciem establishmentu, bankierów i przede wszystkim mediów. Ot, taki francuski Ryszard „Wpadka” Petru, tyle, że jeszcze bez wpadek. Taki człowiek jest gwarantem tego, że Francja będzie szła obecną drogą. Czyli donikąd. Grunt, żeby pewnej grupie społecznej było nadal dobrze. Postępująca anarchia, zadłużenie, przestępczość, problemy z mniejszościami (które wkrótce będą większością) – to się przypudruje…

Monsieur Macron jest euroentuzjastą, więc nasi liberalni euroentuzjaści są pewnie zachwyceni, tym bardziej, że w wyborach pokonał kandydatkę Frontu Narodowego, a więc francuskiego odpowiednika „faszyzmu, ciemnogrodu i zaślepienia”. Uśmiałem się wczoraj, kiedy w audycji radiowej słyszałem wypowiedź jakiegoś „Francuza” cieszącego się ze zwycięstwa „tolerancji” nad „rasizmem”. Bo język francuski tej osoby był gorszy od mojego, afrykańskiego akcentu nie wspomnę. Francuz pełną gębą, precz z rasistami, dajcie mu zasiłek!

Tego, że monsieur Macron podczas kampanii wyborczej wycierał sobie gębę Polską, nasi liberałowie nie widzą, bo kto by się czymś takim przejmował.

Właśnie na taką okoliczność, postać monsieur Macrona skojarzyła mi się z moim miastem.

Przykro to stwierdzić, ale 3/4 młodych Francuzów to klasyczne lemingi wierzące w stereotypy, oraz to, co zobaczą w telewizji. Czyli w to, co podsuwa im mniej lub bardziej otwarcie francuski mainstream. Myślą, że Polska to kraj zacofany, gdzieś poza Europą, niewykluczone, że z białymi niedźwiedziami na ulicach. Przede wszystkim jednak, Polska i Polacy to rasiści i antysemici.

I tutaj przykład z Prabut. Oprowadzałem kiedyś po naszym miasteczku turystkę z Francji. Bardzo sympatyczna młoda osoba, oczarowana Polakami, Polską i naszymi Prabutami również. Oczarowana i zaskoczona, bo wybierając się do Polski miała dużo obaw – zwłaszcza przed przyjazdem do Prabut, czyli na prowincję. Do tego stopnia, że bała się trochę wyciągać aparat fotograficzny i robić zdjęcia. Serio! Spędziliśmy tutaj pół dnia. Była mocno zdziwiona miłym przyjęciem i szczerze uśmiechniętymi ludźmi, z których tak wielu potrafiło mówić po angielsku. Była zdumiona, że my, Polacy, dbamy o niemiecką historię naszego miasta.

Francuzka (nie pamiętam już jej imienia) przyjechała do Prabut, bo stąd pochodzili jej przodkowie. Mówiła jednak o nich bardzo niechętnie, co na początku mnie zastanawiało i nasuwało pewne myśli, które okazały się prawdą. Jej pradziadkowie mieszkali na Marktplatz (czyli na rynku) i handlowali mąką. Wyjechali stąd w roku 1938, nosili nazwisko Rosenfeld… Ktoś, kto głębiej „siedzi” w historii, już się pewnie domyśla, że byli niemieckimi Żydami, którzy wyjechali stąd po nocy kryształowej.

Zapytałem  o to wprost mojego gościa. I na twarzy tej dziewczyny pojawiło się zakłopotanie i strach. Była bowiem pewna, że kiedy to potwierdzi, odwrócę się od niej lub zacznę ją obrażać. Naprawdę, przyznała się później do tego.  Była przekonana, że „tak jak wszyscy Polacy, jestem antysemitą i nienawidzę żydów”.

Kiedy mieszkałem we Francji, takich sytuacji miałem więcej…

To nie była wina tej dziewczyny. To skutek wspomnianych stereotypów i tego, jak przedstawia się Polskę we Francji oraz tego, że Polska dotychczas nie potrafiła lub nie chciała walczyć o swoje dobre imię. Że można było na nią pluć, zaś nasza „elita” twierdziła, że to tylko deszcz pada, że to efekt naszej niedostatecznej integracji z Europą…

Francuska turystka wyjeżdżając z Prabut, zabrała ze sobą dobre wspomnienia i zupełnie odmienne zdanie o polskiej prowincji. Gdzieś tam we Francji nasze miasto ma sympatycznego szczerego przyjaciela.

Chciałbym, żeby Francja miała kiedyś także przyjaznego Polsce rozsądnego prezydenta.