Imprezy, czyli nie potrzeba tak wiele…

Mamy lato, które kilka dni temu z okresu pustynnego przekształciło się w deszczowo-podzwrotnikowy. Niezależnie jednak od pogody jest to okres, kiedy odbywają się/powinny się odbywać imprezy rozrywkowo-integracyjne na świeżym powietrzu.
Osobiście imprez nie potrzebuję, wolę książki, zabytki i naturę. Ale zdaję sobie sprawę, że dla większości społeczeństwa, takie imprezy są sprawą ważną.

Na temat imprez w Prabutach wypowiadać się nie będę, ale nie będę też opowiadał bajek o tym, że u nas to fajnie jest i wogóle super. Bo nie jest. Żeby to stwierdzić, wcale nie trzeba być jakimś wielkim koneserem kultury masowej. Żeby nie godzić się z tezą, że lepiej się nie da, wystarczy pojechać i zobaczyć do sąsiednich miejscowości. Nawet tych mniejszych – jak Gardeja czy Ryjewo. Susza nie wspomnę.

Ja recepty na udane duże wydarzenia biesiadno-muzyczne w Prabutach nie mam. Ale wydaje mi się, że powinniśmy w tej kwestii pójść inną drogą. Mieliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu dni trzy przykłady, jak takie fajne wydarzenia zrobić.

Młodzieżowa Rada Miejska wpadła na pomysł zrobienia imprezy na plaży, zapraszając do współpracy Izabelę Tatara, prowadzącą zajęcia taneczne w PCKiS. Na placu były tańce, na plaży rozpalono ognisko. Było grubo ponad sto osób, do upieczenia kiełbaski była kolejka i ogólnie było bardzo sympatycznie.
Następnego dnia Artur „Aful” Grabara zorganizował w ogrodzie swoich rodziców spontaniczny mini koncert prabuckich muzyków, którzy przyciągnęli za sobą kolejnych znajomych. Następne bardzo sympatyczne wydarzenie – podejrzewam, że gdyby odbywało się w centrum miasta zrobiłaby się z tego całkiem spora impreza.
W miniony zaś weekend mieszkańcy ulicy Kasztanowej jak co roku zrobili sobie Dzień Kasztanowej – imprezę która śmiało mogłaby być wzorem dla Dni Prabut. Naprawdę duże ukłony dla społeczności tego zakątka naszego miasta.
O tym, że powyższe imprezy były bardzo udane, nie decydowały pieniądze ani obecność żadnych gwiazd. Decydowali o tym ludzie. Szczera chęć zrobienia czegoś dla samych siebie.

Więc może skończmy z robieniem miejskich spędów tylko po to „żeby coś było”, a zacznijmy robić rzeczy mniejsze lecz autentyczniejsze. Bo lepiej to wychodzi i taniej. Od siebie też dodam, że od wysłuchiwania przy estadio de Polna przeterminowanych hitów w wykonaniu przeterminowanych gwiazdeczek (i w towarzystwie prabuckich patol-gwiazdeczek), wolę koszenie trawy przed domem. Ale już na imprezę gdzie spotkam znajomych czy sąsiadów, to już poszedłbym chętnie.

Podejrzewam, że nie tylko ja.