Graffiti

Wykonywane farbami w spray’u malowidła pojawiły się w Polsce nieco ponad 25 lat temu. Wiem, że dla niezorientowanych będzie to trochę nie do uwierzenia, ale jednym z pierwszych miejsc w naszym kraju, gdzie graffiti rozkwitło bardzo intensywnie, były nasze małe Prabuty.

Kolorowa mieszanka liter i obrazów bardzo ożywiała szarą rzeczywistość polskich murów w latach ’90. Nie wiem jak było gdzie indziej, ale u nas odbierano to zjawisko bardzo dobrze. Obrazować to będzie poniższa anegdotka, którą usłyszałem od jednego z pierwszych malujących:

Kilku młodych ludzi tworzy na ścianie jedno z pierwszych graffiti w naszym mieście. Letni wieczór, szarówka. Początek malowania przy pełnej konspiracji, tzn rozglądaniu się, czy nie nadjeżdża policja (wtedy nasi policjanci mieli Poloneza). Po kilkunastu minutach, kiedy dzieło było już praktycznie gotowe, autorzy zaczynają się głośno zastanawiać, jakiego koloru można by jeszcze na koniec dołożyć – czerwonego czy niebieskiego? „Niebieskiego” – słyszą nagle zza pleców! Oglądają się, a za nimi połowa balkonów w bloku jest wypełniona obserwującymi malowanie życzliwymi widzami…

Można chyba powiedzieć, że graffiti zostało przez większość prabucian zaakceptowane i polubione. Było stałym elementem naszego krajobrazu. Przypomnę jeszcze raz, że mury budynków wyglądały kiedyś inaczej niż obecnie. Zaś prabuccy graficiarze stali się jedną z młodzieżowych wizytówek Prabut, obok strongmenów, rokendrolowców, normalnych (jak na tamte czasy) kibiców piłki nożnej i jeszcze kilku innych zjawisk…

Ponieważ w Prabutach mieliśmy całkiem zgrabną ekipę punkowców, to na murach widniało także sporo spray’owych napisów z przekazem typu: „Rocky, dobij komunę”, „Cyrk jest śmieszny – nie dla zwierząt”, „Nie ufaj nikomu, kto chce władzy” (zgadnijcie, kto to napisał 😉  )  czy „Prabucka młodzież wiecznie niepokorna”… Ale to jest zupełnie inna historia.

Niestety, gdzieś tak w połowie lat dwutysięcznych grafficiarzom przybyła „konkurencja” czyli pseudomalarze, zaśmiecający swoimi pseudo-dziełami czyste elewacje. Oczywiście wcześniej też zdarzały się sytuacje malowania kontrowersyjnego, ale były one rzadkością. Niestety, w pewnym momencie pojawili się w Prabutach ludzie którzy nie dość że „chcieli ale nie umieli” to jeszcze mieli kompletnie w nosie estetykę miasta. Najsłynniejszy, a raczej najgorszy tego przykład sprzed kilku lat, to „autografy” zostawiane przez takich „artystów” – w kształcie penisa. Było tego paskudztwa kilkanaście sztuk w całym mieście. Zamalowanie ich kosztowało około dwudziestu tysięcy złotych. Zapłacił ZGM, czyli my wszyscy. Niedawno ktoś zapaskudził odnowiony wiadukt kolejowy w Gąskach…

Tutaj dodam i mocno podkreślę – prawdziwi grafficiarze najchętniej połamaliby takim wandalom łapska. Bo oszpecają miasto i robią im złą reklamę…

Porządne graffiti może być naprawdę fajną sprawą. Warzywniak przy Chłopku, ściana przy PKP, ściana przy kwiaciarni przy zjeździe na dołek, czy chyba najsłynniejsze nasze graffiti przedstawiające „Łupaszkę” – czy nie nadają kolorytu Prabutom?

W miniony weekend środowisko grafficiarzy oraz ich przyjaciół zorganizowało grafficiarską imprezę przy ulicy Daszyńskiego, poświęconą pamięci Pawła „Gasta”, charakterystycznego wspaniałego człowieka, jednego z prekursorów graffiti w Prabutach. Przyjechali też goście – z Kwidzyna, Iławy, Gdańska, z Niemiec… 

To środowisko liczy w naszym mieście kilkanaście, może trochę ponad dwadzieścia osób. Są sympatycznymi otwartymi ludźmi, mają fajną pasję, kochają Prabuty. Chcą się tą pasją dzielić i ich też drażni idiotyczny wandalizm pojawiający się na murach.

Uważam, że Prabuty powinny zacząć ich doceniać. Zaproponować współpracę w kwestii miejsc do malowania, przykrywania bohomazów albo straszących ścian, tworzenia miejskich graffiti (jak to było z „Łupaszką” na przykład). Traktujmy grafficiarzy jako artystów, którzy też coś wnoszą dla naszego miasta. Zróbmy to, póki jeszcze im się chce. W innych ośrodkach już tak się dzieje. Graffiti stało się częścią kultury obecnych czasów i należy to zjawisko odpowiednio zagospodarować. Opowiedziano mi o pewnej warszawskiej grupie grafficiarzy, którzy kiedyś malowali zupełnie nielegalnie, później czekali długi czas na zgody pomalowania tej czy innej ściany, a dzisiaj… ustawia się przed nimi kolejka do namalowania czegoś w miastach całej Polski!

Dlaczego Prabuty nie mogą stać się miastem pięknych murali przykrywających brzydkie elewacje? Jednocześnie mogłoby się to stać antidotum na idiotyczne bazgroły, których mamy na murach tak wiele i których ciągle przybywa (ludzka głupota jest bowiem w przyrodzie czymś nieskończonym). Mamy w Prabutach zjawisko, które aż się prosi o dobre wykorzystanie. Nie zmarnujmy tego. Skorzystają na tym wszyscy.

Ja w każdym bądź razie grafficiarzy pozdrawiam i dziękuję za zaproszenie na Daszyńskiego. Róbcie swoje!