Tak czy nie dla absurdów?

Kilka miesięcy temu, wybuchła w internecie dyskusja na temat mojego wpisu poświęconego tabliczce zakazującej chodzenia po murach zamkowych w Prabutach. Chodziło mi wówczas o absurd jakim jest ta tabliczka i jak łatwo takie absurdy dzisiejszych czasów akceptujemy.

Tabliczka to oczywiście „dupokrytka” zabezpieczająca zarządców terenu przed roszczeniami w razie wypadku. Czy faktycznie podnosi ona poziom bezpieczeństwa? No chyba nie. Czy jest ona w stanie uświadomić kogoś, że upadek z murów może być niebezpieczny? Jeżeli ktoś nie jest w stanie wydedukować tego własnym rozumem, to nie pomoże mu w tym ani żadna tabliczka ani nawet encyklopedia napisana na ten temat.

Idąc takim tropem myślenia trzeba: każdemu wchodzącemu do lasu wręczać ulotkę, że może oberwać gałęzią w głowę. Każdemu wchodzącemu do zbiornika wodnego trzeba indywidualnie uzmysłowić, że otwieranie ust pod woda, grozi utopieniem, zaś każdego mieszkańca piętrowego budynku należy poinformować, że wychodzenie oknem grozi kalectwem.

W przeciwny razie, pokrzywdzeni przez spadające gałęzie, utopieni pod wodą i połamani po skoku przez okno będą mogli oskarżyć kogośtam o niedoinformowanie.

Absurd? Oczywiście. Ale takich absurdów mamy coraz więcej, zwłaszcza w kraju nad Wisłą. Ilość przepisów idiotycznych, nieprzyjaznych człowiekowi i zakazujących tego czy tamtego jest już tak wielka, że przestajemy na nie zwracać uwagę. O ile to możliwe oczywiście. Czy naprawdę nie może być inaczej?

Pomyślałem sobie o tym, jeżdżąc ostatnio po Europie. Nasunęło mi się kilka skojarzeń. Z takiej na przykład wielkiej budowy w centrum Wiednia, polski inspektor nadzoru wyrzuciłby połowę pracowników. Za takie „grzechy” jak praca w krótkich spodenkach, praca bez koszulki (lipiec!), praca bez kasku na niektórych stanowiskach. Kilka lat temu pracowałem na budowach, więc temat znam. Serdecznie pozdrawiam panią inspektor z klimatyzowanego samochodu, która nie pozwoliła nam pracować w krótkich spodenkach, latem, na asfaltowej drodze… Połowę francuskich punktów gastronomicznych polski sanepid by po prostu zamknął, bo warunki które muszą spełnić nasi właściciele lokali, są czasami po prostu kosmiczne. Anegdotka z Prabut: jedna z nieistniejących już niestety knajp miała problemy bo… krawężnik przed lokalem był za wysoki!!! I nie było instrukcji obsługi korzystania toalety dla personelu!!!

Czy w tym kraju wszyscy są zdrowi ???

A propos inspektorów sanepidu, zwanych po cichu siepaczami. Niedawno, na imprezie w Ryjewie, jedna „sympatyczna” pani z sanepidu chciała wlepić młodej sprzedającej (uwijającej się jak w ukropie, bo kolejka ogromna) mandat za to, że nie wydała paragonu w momencie dawania zapiekanki klientowi. Chce się żyć, chce się pracować, prawda???

Takich „ułatwień” życiowych mamy w Polsce bez liku. Czy kiedyś się to zacznie zmieniać? Czy ten kraj stanie się kiedyś sympatyczniejszy?

Widok z zachodniej Europy: piątek, deptaczek przed apteką, kwadrans przed zamknięciem. Uśmiechnięci pracownicy siadają przy stoliku, otwierają jakieś winko. rozpoczynają weekend. Nikt nie patrzy krzywo, nikt nie jest oburzony. A u nas, co by było? Mandaty, pozbawienia prawa do wykonywania zawodu, a najlepiej kilka lat więzienia. Bo u nas przecież nie wolno być normalnym.

Uderzył mnie taki widoczek, kiedy wracałem z tej Europy do Polski. Znak drogowy w Czechach, przed miejscem gdzie trwa remont:

dscn0301

Można po ludzku ?? A dodam jeszcze, że na końcu była tablica z uśmieszkiem i napisem dziękującym za wyrozumiałość.

Kiedy dojechałem do Prabut, poszedłem na moje ukochane Mury Zamkowe. Złamałem zakaz i chodziłem po nich jak zawsze, więc teraz czekam kiedy ktoś o 5 nad ranem do mnie zakołacze i ukarze za ten występek. Jaki przyjemny i praworządny kraj, ta Polska… Zakazy i nakazy, a bałagan jak był, tak jest.

P.S.  Czy nasze „miasto monitorowane” złapało już sprawcę zamalowania tych tabliczek, tuż pod obiektywem kamer, jak odgrażano się zaraz po zdarzeniu? Bo jakoś nie słychać. Czyżby znów ten nasz monitoring nie zadziałał? Hmm, dziwne, bo taki fajny, amerykański…